Dlaczego praktyczne podejście do technologii wepchnęło mnie w “szpony” Apple

Written by

Zacznę od tego, że wcześniej bardzo sceptycznie podchodziłem do Apple – uważałem, że płacisz głównie za lans i brak wstydu w Starbuck’sie… Przez wiele lat żyłem w tym mylnym przekonaniu i nie robiłem nic, żeby je zweryfikować – tak, dałem się przekonać stereotypom.

Przełom nastąpił pod koniec roku 2015, kiedy to po świętach Bożego Narodzenia postanowiłem, że czas na zmianę telefonu. Wcześniej korzystałem z flagowców Samsunga (S Plus, S3, S4, a w końcu S5) i odczuwałem frustrację przy korzystaniu z nich – topowy smartfon za ok. 2 500 zł zawieszający się nawet przy wchodzeniu w SMSy czy próbie wykonania połączenia (tak, S5 nie daje sobie z tym rady) to nie jest coś, na co można przymknąć oko… Żeby nie było: nie kupiłem żadnego z tych Samsungów (poza S Plus) – dostawałem je służbowo i chyba tylko to spowodowało, że nie rzucałem nimi o ścianę przy kolejnej fali frustracji wynikającej z braku płynności działania.

Wracając jednak do tematu: oczywistym było, że nie kupię kolejnego Samsunga. W tym czasie cena iPhone 5S spadła do 1 800 zł – w związku z premierą 6S (chyba), a ja miałem w planach współpracę z nowopowstającym studiem projektowym. Na zakup iPhone wpływ miały zatem akceptowalna cena, ale nie ukrywam, że również względy wizerunkowe i estetyczne (do dziś uważam, że iPhone 5/5S/SE to najpiękniejszy smartfon, jaki kiedykolwiek powstał) oraz mała szczypta praktyczności związana ze wsparciem producenta dla modelu i oferowanie aktualizacji nie tylko dla nowych modeli (co w przypadku Androida nie jest tak oczywiste – i nie jest to moje, subiektywne zdanie, a wynik przeprowadzonych analiz, ile % urządzeń z iOS i na Androidzie używa najnowszego softu. Wynik jednoznacznie wskazuje na iOS. Ok, są jailbreaki, ale mówię tu o rozwiązaniach, które nie narażają nas na utratę gwarancji oraz nie zmuszają do zbędnego kombinowania i narażania się na instalowanie softu z niewiadomego źródła). W ten sposób rozpoczęła się moja przygoda z produktami Apple. To, co mnie urzekło, to jakość wykonania i przywiązanie do pięknych detali, bezproblemowe przejście z Androida na iOS (mam tu na myśli p.w. intuicyjność obsługi i przemyślany system, a nie samą migrację danych), naprawdę praktyczny przycisk odczytujący odcisk palca (życzę szczęścia komuś, kto będzie chciał tego użyć na Samsungu S5) oraz… idealna płynność działania – to, czego tak mi brakowało… Pomimo tego, że na papierze iPhone wypadał przeciętnie, a nawet żenująco słabo, szczególnie w porównaniu z flagowcami Androida, to czuć, że mamy do czynienia z systemem pisanym pod konkretne urządzenie, wykorzystującym w pełni możliwości techniczne sprzętu, a to z kolei sprawia, że dane techniczne producentów takich, jak Samsung powinny być drukowane na papierze… toaletowym 😉 wybaczcie, ale jako wcześniej zatwardziały przeciwnik Apple i użytkownik kilku smartfonów Samsunga, mogę tak napisać.

Żeby nie było tak różowo: spora część rzeczy jest wygodniejsza w Androidzie (choćby takie pierdoły jak budzik czy podpowiedzi wyrazów), niemniej jednak ogólny komfort użytkowania i bardzo subiektywna przyjemność korzystania ze sprzętu przemawia na korzyść iPhone i iOS.

Podsumowując, za każdym razem, gdy dyskusja schodzi na temat tego, czy iPhone jest wart swojej ceny, odpowiadam jedno: “jest mniej niewart swojej ceny od konkurencji” 😉

Tak się złożyło, że jakieś 2 miesiące później, mój tata wygrał w konkursie iPada, który nie był mu potrzebny, dlatego ja stałem się posiadaczem iPada Mini (sam bym sobie tabletu raczej nie kupił – jestem w tej kwestii nieco staroświecki i nie widziałem powodu kupowania tabletu, mając smartfon i netbooka). Znów urzekła mnie jakość, płynność i coś nowego, a mianowicie idealna (i łatwo konfigurowalna) współpraca 2 urządzeń, tj. iPhone’a i iPada. W zasadzie więcej o iPadzie nie ma co się rozwodzić – jak mówiłem, tablet to dla mnie była wtedy czysta fanaberia i do niedawna leżał głównie w szufladzie (teraz znalazłem dla niego idealne zastosowanie i używam praktycznie codziennie – do czytania materiałów do egzaminu CFA, do którego się obecnie przygotowuję).

Mieliśmy już zatem atrakcyjną cenę i względy wizerunkowe związane z iPhone’m, iPada wygranego w konkursie inwestycyjnym i o ile w tych przypadkach o swoją praktyczność otarłem się minimalnie, tak w kolejnym przypadku wybór kolejnego urządzenia Apple był podyktowany wyłącznie tego typu względami. Jakiś czas wcześniej kupiłem zestaw kina domowego, który chciałem podłączyć do TV kablem optycznym. Niestety okazało się, że TV nie ma wyjścia tego typu i na Amplitunerze wejście optyczne pozostało wolne. Jednocześnie, Smart TV na telewizorze Sharp jest całkiem niezłe, ale dość powolne. Dlatego postanowiłem zaopatrzyć się w odtwarzacz multimedialny – warunkiem koniecznym było wyjście optyczne. O dziwo najtańszym urządzeniem tego typu okazało się… Apple TV (poprzedniej generacji). Po zakupie kolejna miła niespodzianka – świetne Air Play do wyświetlania obrazu z iPhone i iPad na telewizorze, spięte z pilotem od Apple TV – szczególnie przydatne przy odtwarzaniu filmów/seriali z iPhone i iPad. No właśnie… główną wadą Apple TV poprzedniej generacji jest niewielka ilość obsługiwanych aplikacji – jest genialny Netflix, YouTube, TED, Vimeo i kilka innych, ale już TVN Playera czy Ipli nie uświadczymy. Przestaje to być jednak problemem, gdy korzystamy z Air Play – odpalamy wówczas apkę na smartfonie/tablecie i nie odczuwamy praktycznie żadnej różnicy pomiędzy korzystaniem z aplikacji wbudowanej w Apple TV a tej ze źródła zewnętrznego. Jest to drobna komplikacja, ale znów akceptowalna przy oferowanych możliwościach i… płynności działania (oczywiście).

Tyle tytułem wstępu, bo to tak naprawdę błahostki w kontekście kolejnej zmiany – zmiany na komputer, którego nie udało mi się wcześniej wygrać, tj. na MacBooka Pro. Ale od początku: z MacOS nie miałem nigdy do czynienia, tj. 2x dotknąłem komputera z tym systemem, pobawiłem się chwilę (max 2-3 minuty) i… tyle. Od 1996 roku korzystałem z Windowsa i w zasadzie wciąż korzystam. Od 2013 roku korzystam również równolegle z Ubuntu 14.04 (obecnie głównie ze względu na świetne darmowe programy, takie jak: Plan(n)er czy yEd.

Uważam, że Windows jest całkiem niezłym, uniwersalnym systemem. Ta uniwersalność jest jego olbrzymią zaletą, ale, jak w przypadku Androida, powoduje konieczność zastosowania kompromisów wydajnościowych. Widoczne jest to nawet na Netbooku, o którym wcześniej wspomniałem – Ubuntu odpala się na nim wyraźnie szybciej, praca na tym systemie również jest znacznie bardziej płynna, wzrasta jedynie zużycie baterii.

Dla dopełnienia obrazu, dopowiem jeszcze, że miałem 2 laptopy: 17-calową Toshibę z 2007 roku oraz ok. 12-calowego Samsunga z 2011 roku. Toshibę próbowałem ratować na różne sposoby, dołożyłem RAM, próbowałem wymienić procesor (niestety bezskutecznie – Socket był dobry, ale BIOS nie chciał go “obsłużyć”), wyczyściłem i fizycznie, i software’owo, a w końcu zainstalowałem równolegle również Linux Minta – to niby jakoś działało, ale co chwilę miałem problem ze sterownikiem Wi-Fi i i tak nie było to działanie satysfakcjonujące. Netbook Samsunga działał z kolei całkiem nieźle na Windowsie 7 (niestety po przesiadce na 10 sielanka się skończyła) oraz na Ubuntu. Przez “całkiem nieźle” rozumiem zwykłe korzystanie z komputera (przeglądanie kotów i piersi w internecie, redagowanie tekstu, proste obliczenia, prezentacje, edycja stron www). W tej sytuacji stanąłem jednak przed 3 wyzwaniami: I (łatwiejsze) oddanie mamie jednego komputera, który poradzi sobie z oglądaniem tylko kotów 😉 – i tu świetnie nadała się Toshiba z wgranym czyściutkim Windows 7 – wcześniej była tam Vista, także zostałem z malutkim Samsungiem i kolejnymi wyzwaniami pt. “płynna obsługa programów graficznych” (nic nadzwyczajnego: Photoshop i obróbka stron www) oraz zakup komputera, który będzie mógł posłużyć przez kolejne 6-10 lat. Kryteria wyboru: co najmniej 13 cali, procesor i5 lub i7 o taktowaniu co najmniej 2,5 GHz, 8GB RAM, dysk SSD lub ew. hybryda o dowolnej pojemności, praca na baterii >5h, porty: HDMI, USB, wyświetlacz o wysokiej rozdzielczości (co najmniej Full HD) z podświetleniem LED. To więcej niż aktualnie potrzebuję, ale jak wspomniałem: chciałem kupić sprzęt, który nie zestarzeje się w 1-3 lata. Takie zawężenie kryteriów dało następujące wyniki: Dell XPS, MacBook Air i Pro oraz Microsoft Surface Pro. Air, pomimo ceny ok. 4 000 zł odpadł ze względu na średni wyświetlacz i porty, Surface Pro we wskazanej konfiguracji był o 700 zł droższy od MacBooka Pro, zatem również odpadł (poza tym nie jestem fanem dotykowych ekranów). Najostrzejsza walka toczyła się zatem pomiędzy Dellem a Mac’iem. Dell kosztował ok. 4 700 zł, a MacBook 5 500 zł (najnowszy MacBook Pro z bardzo zbliżonymi parametrami, ale jednak ze znacznie zubożoną liczbą portów kosztował wówczas ok. 7 200 zł, także również odpadł od razu – płacić 1 700 zł za de facto gorszy produkt to nie w moim stylu, jednak 800 zł różnicy w tę czy tę pomiędzy pozostałymi kandydatami przy wydatku tego typu wymagało nieco głębszego rozważenia… nie ukrywam, że na korzyść MacBooka wpłynęły bardzo pozytywne doświadczenia z korzystania z pozostałych urządzeń Apple oraz wizja uzupełnienia jednego ekosystemu, zamiast znów bawić się w różnorodność. Sporym minusem był brak pakietu Office (na Windows miałem jeszcze 1 wolną licencję), na który nie chciałem wydawać dodatkowego 1 000 zł (ostatecznie został mi jednak netbook Samsung z Windowsem, Office’m i wgranym Ubuntu, a pakiet Office poza domem nie jest mi potrzebny, szczególnie, że Mac OS ma wbudowane aplikacje tego typu  pozwalające zapisywać do formatów produktu Microsoftu).

Kwestią dyskusyjną pozostaje dołożenie przeze mnie 800 zł do MacBooka, ale podjęcie decyzji ułatwiły następujące czynniki:

  • komfort korzystania z 1 systemu na wszystkich urządzeniach, w tym doskonała synchronizacja
  • absolutnie bezkonkurencyjny wyświetlacz Retina
  • mega wygodny gładzik Force Touch
  • pozytywne doświadczenia z korzystania ze sprzętu Apple i jakości wykonania. Nie mówię, że Dell był zły – po prostu rzadko miałem styczność z produktami Della, a na co dzień w zasadzie nigdy
  • przewaga softu pisanego pod konkretne urządzenie nad tym uniwersalnym
  • średnia przyjemność z korzystania na co dzień z komputera z 2 systemami
  • odtworzenie sobie w pamięci, że osoby, które uważałem za bardziej kompetentne w dziedzinie komputerów, prywatnie lub służbowo na własną prośbę często korzystały z MacBooków
  • testy, w których bezpośrednio porównywane ze sobą były oba rozważane laptopy
  • raczej czysto teoretycznie: orientacyjna cena odsprzedaży po zakończeniu eksploatacji.

W ten sposób uzupełniłem swój sad o kolejne jabłuszko 🙂

Podsumowując, Apple nie jest dla każdego… mało tego, wbrew temu, co napisałem, nie jest też całkowicie dla mnie. Nie podążam za ich najnowszymi produktami, ale jednocześnie uważam, że produkty wcześniejszych generacji, które wciąż można kupić jako nowe, bardzo często stanowią naprawdę świetną alternatywę wartą choćby rozważenia…

Czy np. kupię iPhone 7, jak już 5S wyzionie ducha? Być może… jak wyjdzie 8S 😉 Pewnie mi się to odmieni, gdy będę nieco swobodniej podchodzić do wydatków na gadżety, ale na dzień dzisiejszy takie jest moje zdanie – dotyczy ono również przyszłego laptopa… chyba, że się nie opamiętają i trzeba będzie zaopatrzyć się w iSpocie w specjalną teczkę za “jedyne” 799zł zdolną pomieścić wszystkie przejściówki za “jedyne” 1 200 – 1 300 zł… 😉

Na koniec jeszcze kilka słów o temacie budzącym najczęściej najbardziej burzliwe dyskusje: Windows, Mac czy Ubuntu. Każdy z tych systemów jest dobry i da się go używać na co dzień – nie ma co bać się żadnego z nich (no może Ubuntu będzie nieco bardziej skomplikowane). Przeciętnemu użytkownikowi poleciłbym Windows lub Mac OS – oba są bajecznie proste i wystarczająco przyjazne.

Osobom ceniącym wydajność i komfort pracy polecam Mac OS. Jest to również odpowiedni system dla estetów 😉

Graczom z kolei zdecydowanie rekomenduję Windows.

Do specjalistycznych zadań z zakresu programowania czy administrowania siecią, zapewne najodpowiedniejsza będzie jakaś dystrybucja Linuxa, ale i tu uwaga – jeśli przynajmniej w domu chcielibyście odpocząć od zmagania się z systemem, to wybierzcie Mac OS na swój prywatny komputer.

Możecie się z tym zgadzać lub nie, ale zachęcam do wyrobienia sobie własnego zdania poprzez spróbowanie innego systemu – nie bądźcie takimi ignorantami jak ja kiedyś – nie wypowiadajcie się źle o systemie, z którym nie mieliście styczności chociaż przez jakiś czas!

Article Categories:
Technologia

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *